Przygody maga Puchacza – przyjęcie u księżnej

przygoda maga puchacza u księżnej

Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak wracaliśmy z Mikrusem i chłopakami z arcyważnej misji, gdzie pozbyliśmy się czarta dymającego lokalne dziewki. Wieśniaczki, choć spłakane i jęczące, by diabła nie ruszać, że dobry, że lepszy on niż chłop, co to wejdzie, jęknie i wyjdzie, jeno brzuch zostawiając. Ale kto płaci, ten cel wskazuje. Więc czarci łeb wisiał u siodła mojej kobyłki.

Kiedy przejechaliśmy przez pałacowe bramy, obmyć nam się kazano i Mikrusa do izby szambelan posłał, bo to cham i prostak, co tylko ze służbą siedzieć może. Nie to, co wasz drogi narrator tej całej historii, mistrz magii wszelakiej, Puchacz. Księżna kolację przygotować kazała i mnie na nią zaprosiła jako inter pares. Oczywiście, mogła uważać mnie za równego sobie, choć ja, w swoim skromnym mniemaniu, zawsze uważałem, że jestem Primus inter pares. Ale kłócić się z księżną nie lza, bo to łeb stracić można.

Jakże zdziwiony byłem niesamowitą oprawą, jaką słudzy księżnej zgotowali. Wina, piwa i najprzedniejszego gatunku śliwowicy, będącej regionalnym rarytasem, na stole nie brakło. Podobnie jak świniaków, kapłonów i innych dóbr. Wśród dań jednak królowały przede wszystkim owoce morza. I choć ja sam raczej robali i ślimaków jeść nie lubię, to skusiłem się na kilka propozycji szefa kuchni. Inni, jak zauważyłem, chłonęli je całymi garściami. Nie było nic dziwnego w tym, że stoły ustawione były w podkowę. Ciekawe jednak było to, że to była naprawdę potężna podkowa. 

– Mości Puchaczu – księżna zakołysała pucharem z winem, krytycznie wpatrując się w jego czerwoną taflę – Słyszałam, że podobno lubisz nie tylko sztuki magiczne, ale i ciała.

– Zależy, jak to rozumieć, pani – skłoniłem grzecznie głowę, zaintrygowany jej wstępem do rozmowy.

– Jak to rozumieć? – parsknęła, rozbawiona słowami, które odbierała za powątpiewanie – Ależ drogi mistrzu… tak, jak słyszycie – zaklaskała. Wielkie, pozłacane wrota stanęły otworem, a do środka zaczęto wnosić po kolei łoża. Na części z nich zaś leżały niewiasty. Nagie i tak znamienitej urody, że nawet zatwardziały impotent stałby się nagle buhajem rozpłodowym.

Meble trafiały na środek podkowy. I nagle zaczynałem rozumieć, czemu ją tak wielką ustawiono. Dwie dziesiątki łóżek ustawiono w jedno wielkie łoże. Dziewczyny, które na nich wniesiono, były w każdym wieku, jaki pozwalał na bezpieczne, ale bardzo sprośne figle. Księżna znów zaklaskała, a przez drugie wrota ze srebrnymi obiciami weszli młodzi i starsi mężczyźni… Nagutcy, jak ich bogi stworzyły. Z fajami sztywnymi jakby z granitu je wyciosali. Stanęli przy wielkim materacowym prostokącie, wyprężeni niczym elitarne jednostki do porannego apelu.

Trzeci klask księżnej. Zaczęła grać muzyka, skoczna i przyjemna dla ucha, a samce rzuciły się na dzieweczki i pieścić je zaczęli. Patrzyłem, jak goście naszej drogiej gospodyni zaczęli klaskać, wymieniać uwagi jak nad jakimś teatrum. 

Szybko salę zaczęły wypełniać jęki. Spodobała mi się wyjątkowo jedna blondyneczka, na oko dwudziestoletnia z piersiami jak jabłuszka, która, oglądając się za siebie, jak czarnoskóry, wielki jak tur samiec pcha ją per rectum, z zapałem ssała ptaka dziadowi. Mógł on być jej… nomen omen, dziadem. Z podziwem oglądałem, jak jedna matrona o bardzo bujnych kształtach obsługiwała naraz pięciu chłopa. Kiedy pchali jej dwa ptaki naraz w jej jaskinię rozkoszy, kolejny zwiedzał jej tylne wejście. Wiem, że normalna kobieta by tego nie wytrzymała. A ta w ustach miętosiła jeszcze dwa kolejne kutasy!

I wtedy księżna zaklaskała ponownie.

– Drodzy państwo! – uniosła puchar – Kto ma ochotę, bez krempacji, zapraszam! – wskazała na materacową scenę. Widziałem, że niektórzy tylko na to czekali. Tłuścioch z trzęsącym się jak u indyka podgardlem od razu dobrał się do tej ślicznej blondyneczki, oblepiając ją serdelkowatymi palcami i dłońmi jak bochny.

-Mistrzu – księżna zwróciła się do mnie po chwili – Ty nie dołączysz?

– Wybacz, moja pani – kiwnąłem znów grzecznie głową – Chętnie, ale wolę świeżość. Nie gardzę tutejszymi rozrywkami, jednak bliższe mi niezbadane jeszcze terytoria.

Uśmiechnęła się tylko. Wezwała do siebie sługę i coś mu wyszeptała na ucho. Mężczyzna kiwnął głową i podszedł do mnie.

– Panie, pozwól za mną.

Co zrobić? Sługa każe, pan musi. Wstałem i poszedłem za nim. Księżna była bardzo hojna. Zaprowadzono mnie bowiem nie do mojej sypialni, a innego pokoju, gdzie na miejscu czekały na mnie trzy dziewuszki. To była bezsenna i męcząca noc… Ale i pełna lepkiej satysfakcji, rozcałowanych młodych ust i mokrych, ciasnych szparek, przeznaczonych wyłącznie dla mnie.


Dodaj komentarz

Szukasz więcej opowiadań? Sprawdź również:

Spodobają Ci się także:

Powiązane opowiadania

Dodaj komentarz