Z miłości do łobuzów

opowiadanie z miłości do łobuzów

Umawiałam się z różnymi facetami na randki. Wielu z nich było naprawdę słodkich, męskich… Wymarzone ciacha i Goliaci, dla których mnóstwo lasek rzuciłoby wszystko, co dotychczas robiły, by tylko uciec z nimi na koniec świata. Dużo moich spotkań jednak kończyło się bezowocnie. W końcu bowiem zadawałam jedno, ważne dla mnie pytanie…

Nic nie poradzę, że większość odpowiadała przecząco. Nic nie poradzę, że mnie to kręci. Mianowicie zawsze pytałam, czy mój potencjalny kandydat miał zatarg z prawem. Śmiesznie było, jak raz zapytałam o to policjanta, a on na mnie krzywo spojrzał. Znacie tę piosenkę „Łobuz kocha najbardziej”? Nie wiem, czy tak jest. Wiem natomiast, co dzieje się ze mną, gdy mam świadomość, że dany gość popełnił jakieś przestępstwo. Nie chodzi o kradzież batonika czy ściągnięcie gry z sieci… Pobicia, wyłudzenia, rabunki, chuliganka… O tak… Gdy wiedziałam, że mój towarzysz zrobił coś takiego, byłam już jego i mógł mnie wziąć choćby pod budką z kebabem.

Tym razem umówiłam się z gościem, który nie miał typowego wyglądu mafiosa czy najemnego zbira. Ot, w garniturku, dobrze przystrzyżony włos i zarost… Miał jednak coś w oczach, co mnie intrygowało.

To była ładna restauracja. Postarał się o stolik, to musiałam mu przyznać. Byłam odstawiona w swoją najlepszą sukienkę, sięgającą ledwie do połowy ud, z nagimi plecami i głębszym, wąskim dekoltem. Usiadłam, rozglądając się ostrożnie. Spóźniał się chwilę. Byłam w pewnym momencie już przekonana, że zapomniał albo olał sprawę. Ale nie… w końcu go zobaczyłam.

Kroczył tak, że każdy jego krok mówił, kto jest samcem alfa. Ludzie schodzili mu z drogi, miałam nawet wrażenie, że unikali jego spojrzenia. Za to ja mu się przyglądałam. To na pewno był człowiek sukcesu. W zanadrzu jednak miałam wciąż to jedno pytanie. I bałam się odpowiedzi.

– Agnieszka? – wskazał mnie i nim cokolwiek powiedziałam, usiadł.

– Filip – uśmiechnęłam się uroczo – fajnie, że przyjechałeś. Spóźniłeś się…

– A… no – pokiwał głową na boki – zdarza się. Nie ma co drążyć. Zamówiłaś już coś?

Pokręciłam głową – Nie. Czekałam.

– Szkoda. To na przyszłość laleczko… – wskazał mnie palcem. Miał na nim ciemnosrebrny pierścień – Dla mnie zawsze wołowina. W niemal każdym wydaniu.

– Zawsze jest to niemal – uśmiechnęłam się niepewnie.

– Będziesz teraz to roztrząsać? – spojrzał na mnie. Tak. To było to spojrzenie, które mnie intrygowało. Przygryzłam wargę. Potrząsnęłam głową na boki, dając mu do zrozumienia, że nie mam takiego zamiaru.

– I dobrze – wezwał kelnera. Wybraliśmy jedzenie. Rozmawialiśmy. Był bucem. Przeokropnym bucem. Ale jarało mnie to w pewien sposób. Kiedy już było tak, że nawet był nieco milszy, przyszła pora…

– Słuchaj, Filip – spuściłam lekko głowę. Grzebałam widelcem w jedzeniu – Bo… ja mam takie pytanie.

– No. Wal laleczka, co ci leży na sercu.

Uniosłam lekko spojrzenie na niego – Złamałeś kiedyś prawo? W sensie tak… że siedziałeś?

Pociągnął nosem. Potarł jego płatki kciukiem, przeżuwając kęs wołowego antrykotu – Co? Będziesz mi teraz kartoteki sprawdzać?

– Nie, nie… po prostu… chciałam wiedzieć… Uważam po prostu – speszyłam się. Patrzył tak na mnie, jakby chciał mnie zatłuc – Ja…

– Za pobicie – wyjaśnił – ze szczególnym okrucieństwem – szykował się już do odejścia. Ale wtedy spojrzał na moją twarz. Było w niej coś, co chyba zdradzało moje zainteresowanie – Bez zawiasów… – rozchyliłam usta. Były już wilgotne. Jak moja cipka. Zmarszczył brwi, przyglądając mi się.

– A… za co go pobiłeś? – zapytałam, biorąc kolejny kęs.

– Facet próbował mnie ojebać w interesie na konkretną sumę. Więc wjechałem mu z pałką na chatę i sprałem go tak, że chirurdzy go składali.

Zacisnęłam uda, czując, jak moja szparka reaguje na to. Parsknął.

– Ciebie to jara, mała suko?

Pokiwałam głową, przełykając łyk wina.

– Zbieramy się stąd – wyciągnął z kieszeni plik kasy i rzucił kilka banknotów na stół. Było to znacznie więcej, niż trzeba było zapłacić.

Zabrał mnie do swojego samochodu. Wiedziałam, co mnie czeka. Byłam na to gotowa. Chętna. Spragniona jak diabli. Otworzył tylko tylne drzwi i wepchnął mnie do środka. Wszedł za mną. Ustawiał mnie jak laleczkę. Wypięłam się mocno. Nie było żadnych pieszczot. Nie było czułego dotyku. Po prostu wszedł w moją szparkę. Mocno. Wypełnił mnie silnie.

Jęknęłam w przestrzeń. Poczułam klapsa na pośladkach.

– Nie drzyj się – prychnął i zaczął mnie posuwać mocno. To był łobuz. Prawdziwy. Gwałtowny. Chwycił moje włosy w garść. Czułam, jak szarpał za nie, jak rytmicznie i szybko ruszał biodrami, rozpychając się w mojej szparce.

– Lubisz bandytów, co? Lubisz być ofiarą? – sapał. A ja stęknęłam tylko w odpowiedzi. Nie byłam w stanie kiwnąć głową. Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Dał mi klapsa – Gadaj kurwa!

– Taaak! – zaskrzeczałam – Tak! Błagam, Boże! Posuwaj mnie!

– Kręci cię fakt, że obiłem mu mordę? Że siedziałem i walczyłem o przetrwanie w pierdlu? – z każdym słowem, zdaniem, informacją, jakie niosły, czułam, jak moja cipka coraz silniej pracowała na jego penisie.

A on go wyrwał. Usiadł i poklepał się po udzie. Rozumiałam sygnał. Wskoczyłam na niego i zaczęłam ujeżdżać. Trzymał mocno moje pośladki.

– Pokaż, jak uwielbiasz pierdolonych zbirów.

– Uwielbiam! – ruszałam szybko biodrami. Czułam, że zaraz nie wytrzymam. Uczepiłam się jego ramion. Wstrzymałam powietrze, zagryzając wargi. Silny orgazm sprawił, że zacisnęłam się na jego penisie, a on… doszedł we mnie. Jęknęłam cichutko, ale gdy dał mi klapsa, rozdarłam się i przywarłam do niego. Nie wiedziałam, czy mówił prawdę. Nawet jeśli nie… to dobrze kłamał. I był mega podniecający.


Dodaj komentarz

Szukasz więcej opowiadań? Sprawdź również:

Spodobają Ci się także:

Dodaj komentarz