W domu driad jest tylko jedno wyjście…

Słońce z trudem przebijało się przez chmury, a już tym bardziej gęste korony drzew. Młody kupiec jednak, ignorując ostrzeżenia wieśniaków, ruszył ze swoim wozem skrótem przez las. Teraz z lękiem wypatrywał każdego ruchu za drzewami.

– A mówili mi – jęknął do siebie – baczaj, bo driady jak w amoku po lasach grasują i strzałami szyją, jeno tylko trupy pozostają – splunął z kozła w bok, trafiając plwociną w pobielałą czaszkę konia. Wzdrygnął się na samą myśl, że w ogóle takie paskudztwo leży przy drodze. Wymacał dłonią kordzik pod siedziskiem i poczuł się nieco pewniej. Jeszcze bardziej zaś uskrzydlił go widok wyjścia z lasu, który jawił się na horyzoncie. Pognał więc lejcami osła ciągnącego jego obwoźny kram.

– Ha! A jednak fortuna…

Nie dokończył. Przed jego twarzą śmignęła strzała. Nim się obejrzał, wkoło wozu stało dziesięć ledwo odzianych kobiet z uszami szpiczastymi jak u elfów. Jednak dużo niższych… i dużo hojniej obdarzonych. Przełknął ślinę. Poczuł, jak pot spływa po jego karku.

– Driady… – szepnął pod nosem.

– Ty tam! – czarnowłosa o oczach jak ocelot wycelowała z niego z łuku. Lewą, dorodną pierś miała przykrytą skórzaną opaską – Złaź z kozła byle szybciej!

Kupiec rozejrzał się. Dziesięć, okazało się, widział tylko przed sobą, za nim było kolejnych kilka-kilkanaście.

– Żwawiej! – naciągnęła mocniej cięciwę, aż zaskrzypiała.

– Schodzę, schodzę – z trudem pokonał suchość gardła. Uniósł dłonie, zostawiając mieczyk na siedzisku i zszedł z wozu – Damy lasu, królowe drogie. Bierzcie wszystko, tylko oszczędźcie – starał się nie brzmieć żałośnie. Nawet mu to wychodziło.

Widział, że szeptały coś między sobą. Rozmawiały gorączkowo, mierząc go spojrzeniem. Szczególnie jedna. Bez broni, ledwo zakryta jakąś opaską z rozkołysanym, kształtnym cycem i drapieżnym spojrzeniem, jakie miała tylko albo morderczyni, albo doświadczona dziwka w najlepszym burdelu. Szła dookoła, rozmawiając z każdą z sióstr. Obcinała go bacznym spojrzeniem. W końcu podeszła do niego.

– Z domu driad jest tylko jedno wyjście – wskazała na ujście z lasu – Wyjdziesz, ale spełnisz nasze żądania.

Opadł na kolana – Cokolwiek, pani! Cokolwiek!

Chwyciły go pod ramiona. Zatargały nieco dalej w las. Spostrzegł, że było tu wymoszczone legowisko. Współpracował na tyle, na ile mógł. Kobietki były drobne, ale siły to i za dwóch mężów miały. Zerwały z niego buciska, oberwały spodnie. Po chwili jakieś gorące usta zacisnęły się na jego penisie. Jęknął cicho, zaskoczony tym obrotem spraw. Patrzył, jak blond driada zasysała i całowała jego osobistego druha, stawiając go na sztywno jak pal.

– Nada się – powiedziała ta, która z nim rozmawiała – Siostry! – przywołała resztę. Kupiec patrzył, jak w trakcie zrzucały z siebie wszystko, co miały. Jedna przyklękła wyżej, trzymając w dłoniach bukłak. Przyłożyła mu go do ust.

– Pij! – syknęła. On, czując, jak usta zastępuje zupełnie coś innego, coś bardziej mokrego, chwycił za ustnik i wypił. Tyle, ile mu podano. Gdy spojrzał w dół, dojrzał jedną z młodszych dam lasu, jak ujeżdżała go z całych sił. Jej rozkołysane piersi hipnotyzowały, a on dyszał. Kulminacja przyszła szybko. Strzelił, krzycząc bez mała na pół lasu. Zeszła i dosiadła go kolejna.

– Pij – znów poczuł ten sam płyn na języku. Tym razem starsza nieco, ale wciąż piękna driada jechała na nim ostro. Jej duży biust kołysał się mu tuż nad twarzą. Chciał, dla pieszczoty, chwycić za sutek ustami, ale pięść, jaka uderzyła jego policzek, skutecznie zgasiła takie zapędy. Miał widocznie służyć do jednego.

Nieznośne ciśnienie znów pojawiło się w trzewiach. Znów wystrzelił, boleśnie się krzywiąc. Nie skończył jeszcze, kiedy kolejna nabiła się na jego maczugę. Ta była drobniejsza. Za to żwawa jak łania, pędząca przez polanę. Nauczył się, by dłonie trzymać przy sobie. I choć widok napawał go podnieceniem, czuł, że coraz trudniej mu się skupić. Kolejny bukłak i znów wlewali mu wywar w usta. Poczuł energię, poczuł parcie. Eksplodował, głęboko tryskając w łono kolejnej damy lasu.

Leżał tak, dosiadany przez kolejne panie zielonych łąk. Każda piękna. Każda płodna. Każda spragniona jego nasienia. Minął cały dzień, kiedy pozostawiły go niemal bez siły na kobiercu z liści i gałęzi. Stanęła nad nim przywódczyni driad. Patrzyła na niego z góry ze wzgardą.

– Spisałeś się – oznajmiła – Przeżyjesz – obróciła się i zniknęła w gęstwinie lasu. Kupiec spojrzał za nią. Stracił rachubę po dwudziestu trzech, ale ta jedna go nie dosiadła. Ociężale podniósł się z miejsca i wskoczył na wóz. Nic nie zniknęło, nawet kordzik był na swoim miejscu. Obolałe od tarcia krocze tętniło jak otwarta rana. Interes jednak musiał się kręcić. Cmoknął na osiołka, strzepnął lejcami i ruszył dalej w swoją stronę.

Dodaj komentarz

Szukasz więcej opowiadań? Sprawdź również:

Spodobają Ci się także:

Dodaj komentarz

Dołącz do pornxes